Czym właściwie jest populizm i w jaki sposób objawia się w polityce?
Zacznijmy może od tego, że populizm (podobnie jak inne pojęcia używane w naukach społecznych) nie ma jednej definicji. Właściwie można by rzec, że ilu badaczy, tyle ujęć populizmu – każdy trochę inaczej interpretuje to zjawisko i stara się dopasować do innych państw, systemów, przywódców. Jeszcze w latach 80. XX wieku znana teoretyczka systemów niedemokratycznych Margaret Canovan, stwierdziła, że wokół pojęcia populizmu nastał tak duży chaos definicyjny, że w zasadzie powstało pojęcie, które nie wiadomo co oznacza – a sama Canovan zajmowała się m.in. nacjonalizmem i totalitaryzmem, czyli pojęciami, które każdy rozumie zupełnie inaczej, więc z tym populizmem musiało być naprawdę niedobrze. (śmiech)
No dobrze, ale z czego wynika taka rozbieżność i czy możemy wskazać jakieś choćby ogólne ramy populizmu?
Ten chaos definicyjny wynika przede wszystkim z tego, że populizm, podobnie jak autorytaryzm czy totalitaryzm, stał się pojęciem pejoratywnym (przynajmniej w naszym, zachodnim kręgu kulturowym). Dobrze jest nazwać populistą przeciwnika politycznego, bo w ten sposób możemy go obrazić i zdezawuować. Paradoksalnie jednak – i to być może jest największym zagrożeniem współczesnego populizmu – ludzie boją się pojęcia „populizm”, a nie samego populizmu. I dlatego on jest dzisiaj tak silny.
Wracając jednak do Pana pytania o ogólne ramy. Oczywiście, możemy wskazać kilka cech populizmu co do których nie ma większego sporu. Po pierwsze, populizm oznacza bardzo prosty, binarny podział świata: „my” zdrowy, mądry i ciężko pracujący lud, kontra „oni” czyli chore, skorumpowane i oderwane od rzeczywistości elity. I populizm wykrzywia tę dychotomię do absolutnego ekstremum, wmawiając ludziom, że to elity są winne ich porażek i niepowodzeń. Populiści bazują tu na – w mojej opinii – błędnych założeniach Christophera Lascha i innych XX-wiecznych politologów, którzy twierdzili, że postępująca destabilizacja systemów demokratycznych jest wynikiem tzw. „buntu elit”. Czyli, że elity poprzez swoje „oderwanie od rzeczywistości” i niezrozumienie problemów ludzi masowych doprowadziły do głębokiego napięcia, a wręcz konfliktu. Populiści wychodzą z podobnych założeń co Lasch – to nie twoja wina, że nie masz pracy, nie radzisz sobie z rzeczywistością, a państwo pogrąża się w chaosie – to wina elit, które są skorumpowane i nie dają Tobie i państwu się skutecznie rozwijać. I populista idzie zwykle jeszcze dalej – gdyby posłuchać „zdrowego ludu” i zastosować jego „chłopsko-rozumowe” rozwiązania to wszystko działało by lepiej.
I tu dochodzimy do drugiej konstytutywnej cechy populizmu – populizm wszystko radykalnie upraszcza. Wmawia ludziom, że bardzo złożone problemy możemy rozwiązać w prosty sposób. Zatrzymać imigrację budując „wielki, wielki mur” (parafrazując prezydenta Trumpa), albo zdobyć pieniądze na ogromne programy społeczne, bo przecież „wystarczy nie kraść” (parafrazując premier Szydło). To jest głęboko demoralizujące i niestety wielu ludzi – przynajmniej jeśli mówimy o polityce – daje się na to nabrać.
Jeśli mówimy o polityce – to znaczy, że populizm nie jest uniwersalny?
Chyba nie jest. Trzeba by zrobić eksperyment – zapytać pasażerów samolotu, czy ma sterować wykwalifikowany pilot, który zna procedury, czy za sterami ma usiąść pasażer – pan Zbigniew z 3 rzędu reprezentujący „zdrowy lud”. Bo przecież co to za filozofia? Wolant do siebie to w górę, a wolant od siebie to w dół. Jak Pan myśli co by wybrali pasażerowie? Niech steruje elita, czyli pilot, czy masa, czyli pan Zbigniew? (śmiech)
Bardzo obrazowe porównanie.
Obrazowe i przerysowane – godne dobrego populisty! (śmiech) Niestety takie najlepiej działają – to również rozumieją populiści, a ich przeciwnicy chyba niezbyt. Pamięta Pan dyskusję o imigrantach? Z jednej strony zasypywanie danymi o tym, że imigranci odpowiadają za mniejszą liczbę przestępstw niż „rdzenni” obywatele, a z drugiej obraz czarnoskórego mężczyzny gwałcącego kobietę i podpis „Czy chciałbyś, żeby to był twój sąsiad?”. I która strona wygrała tę wojnę narracyjną?
No dobrze, ale dlaczego dzisiaj ten polityczny populizm się tak dobrze sprzedaje?
Jest oczywiście kilka powodów takiego stanu rzeczy i właściwie bardzo dobrze na to pytanie odpowiedział profesor Stanisław Filipowicz, mówiąc o kryzysie demokracji. Bo populizm jest efektem tego kryzysu, a zatem przyczyny kryzysu demokracji są także przyczynami rozwoju populizmu.
Po pierwsze zwróćmy uwagę, że dzisiejszy świat jest bardzo chaotyczny. Dociera do nas ogrom informacji, których nie jesteśmy w stanie przefiltrować, przyswoić i zrozumieć. Rzeczy istotne giną w szumie informacyjnym, a natłok tych mniej ważnych nas zwyczajnie przytłacza. Wielu badaczy myślało, że wraz z upowszechnieniem dostępu do informacji – rozwojem Internetu i mediów społecznościowych – znikną problemy, które były niegdyś zarzewiem nie-demokratycznych tendencji i przyczyną rozwoju reżimów totalitarnych. I rzeczywiście upadły monopole komunikacyjne, ale zastąpiła je równie groźna hipermedialność. Co z tego, że mamy dostęp do niemal każdej informacji, jeśli jest ona niezweryfikowana, uproszczona i często także wypaczona. Ponadto dotarcie do niej oznacza zwykle – jak już wspomniałem – przedzieranie się przez morze innych, często sprzecznych informacji. Ten nadmiar powoduje, że jesteśmy zmęczeni, zagubieni i zalęknieni – naturalnie poszukujemy więc uproszczeń. Populizm przychodzi tutaj z odsieczą i zapewnia prosty, zrozumiały i emocjonalny przekaz – zwykle czarno-biały: ten jest przyjacielem, ten wrogiem, ci są dobrzy, ci są źli i nagle wszystko staje się jasne.
Druga istotna sprawa to to, że populizm daje nam poczucie sprawczości. Dzięki populizmowi stajemy się ważni i mamy poczucie kontroli rzeczywiści. Populista mówi ludziom, że ich opinie są równie ważne, co wielotomowe analizy ekspertów. Przez to w pewnym sensie wynosi ich do rangi autorytetu. To trochę tak, jakby król w XVI wieku powiedział do chłopów „dla mnie wszyscy jesteście szlachtą”. Z pewnością ucieszyliby się! Ale efekt byłby żaden. I tak jest z populizmem. Kontrola i sprawczość, którą zapewnia jest tylko pozorna. W praktyce populista wymienia stare elity na nowe, wykorzystując emocje tłumu. Tym niemniej, każdy z nas chce chociaż usłyszeć, że jest szlachtą!
Czy populizm już wygrał? Jeśli tak, w jaki sposób można obrócić tę sytuację w korzyść dla społeczeństwa obywatelskiego?
Pyta Pan czy polityka ciepłej wody w kranie ma jeszcze szansę? Żartuję oczywiście, choć to jest dobry punkt zaczepienia do tej dyskusji. Wydaje mi się, że populizm niestety wygrał – przynajmniej w warstwie narracyjnej. Zwróćmy uwagę, że to nie-populistyczni politycy przejmują narrację populistyczną a nie odwrotnie. To jest niestety choroba zakaźna, która infekuje coraz więcej osób.
Pozostaje otwartym pytanie co zrobić w tej sytuacji. To znaczy – jak walczyć z populizmem. Mamy oczywiście dwie opcje: możemy walczyć z prawdziwymi populistami, imitując ich – to znaczy stosując populistyczną narrację, a jednocześnie prowadząc nie-populistyczną politykę. Albo – druga możliwość – możemy od populizmu całkowicie się odciąć i walczyć rzetelnością i racjonalnością. W pierwszym przypadku niestety będziemy legitymizować narrację populistyczną, a wręcz będziemy ją wzmacniać. Przy okazji zniechęcimy do udziału w demokracji tych, do których przekaz populistyczny nie trafia. W drugim przypadku najprawdopodobniej przegramy wybory. Trzeba niestety zważyć rachunek zysków i strat w obu przypadkach.
Kończymy tak pesymistycznie…
I tak i nie… Bo to, że populizm wygrał w warstwie narracji nie oznacza, że populiści będą wygrywać wybory i nie będzie szansy, aby ich powstrzymać. Ale niestety jak mawiał Giorgio Agamben – raz przesunięta granica nigdy się nie cofa. Mówiąc wprost: co zdążyli już zepsuć, pozostanie zepsute…


Zostaw odpowiedź