Debata publiczna w Polsce, szczególnie po postrzeganej jako prawa stronie, osiąga niebezpieczny poziom agresji. Wydarzenia międzynarodowe coraz częściej stają się tylko instrumentem, który używa się do zawistnej walki w krajowej polityce. Obecnie obserwujemy to zjawisko w kontekście działań USA wobec Wenezueli. Niestety, prawicowi działacze wykorzystują ten odległy konflikt do ataku na krajowych oponentów. Zamiast merytorycznej analizy geopolitycznej, wybierają oni język niebezpiecznych aluzji. W rezultacie, granica między krytyką a nawoływaniem do przemocy zaciera się całkowicie.
Doskonałym przykładem tego upadku są wpisy znanych znanych wszystkim polityków PiS, jak też ich rzeczników kreujących partyjne media. Tomasz Sakiewicz zamieścił krótki, lecz wymowny tweet o treści: „Assad, Maduro… Tusk?”. Ta sugestia stawia demokratycznie wybranego szefa polskiego rządu w jednym rzędzie z autokratycznymi przywódcami wrogimi wobec naszego strategicznego partnera. Co więcej, Mariusz Kamiński posunął się w swojej retoryce jeszcze dalej. Opublikował on wygenerowane przez AI zdjęcie pojmanego Maduro z podpisem: „Zobacz Tusk, jak kończą dyktatorzy”. Tak ordynarne zestawienia czy groźby są niedopuszczalne i de facto podchodzą pod nawoływanie do użycia przemocy w celu zdobycia władzy (co jest złamaniem art. 13 Konstytucji RP).
Te wpisy są jedynie częścią zjawiska, które stanowi drastyczny upadek standardów w komunikacji politycznej. Tego typu odniesienia ośmieszają rzeczywiste międzynarodowe problemy. Ponadto, sugerowanie fizycznej eliminacji lub uwięzienia przeciwnika radykalnie polaryzuje obie strony sporu politycznego. „Swoi” czują się rozochoceni, by burzyć deliberacyjny porządek, zaś „wrogowie” przyjmują postawę defensywną, według której mogą uznać drugą stronę nawet za terrorystów. W konsekwencji język debaty zamienia się w narzędzie czystej agresji.


Zostaw odpowiedź